Wszystko w
mojej opowieści zaczyna się (nie jak to często bywa w pewien
słoneczny dzień lecz..) w niespokojną mglistą i deszczową noc.
Lilianna nie
spała spokojnie. Być może dlatego że za oknem szalała straszna
ulewa, a być może dlatego że była niesamowicie podekscytowana
jutrzejszym dniem. Zanim w końcu udało jej się zasnąć, przez
jakieś 2 godziny leżała w swoim łóżku, wpatrując się w
zaczarowany, migoczący sufit w jej sypialni.
Gdy nareszcie
nad ranem udało jej się zasnąć, coś całkowicie wyrwało ją ze
snu. Otworzyła oczy i natychmiast podeszła do okna. Nocne stukanie
w szybę i pohukiwanie nie było dla niej niczym nadzwyczajnym.
Jednak Lily od razu poznała że to nie jej sowa wróciła z
łowów.
- Merlin,
ciszej! Co ty tu robisz o tej porze?! Zaraz, coś tu masz.. -
Dziewczyna delikatnie odwiązała karteczkę od nóżki sowy –
rozpoznała ją od razu – należała ona do Remusa Lupina,
chłopaka którego uwielbiała, a za jego jedyną wadę
uważała przyjaźń z Potterem ;)
Droga
Lily !
Przepraszam
za tak dziwną porę.
Nie
mam jednak wyboru. Głupio mi jest ciągle zawracać ci głowę, ale
naprawdę potrzebuję twojej pomocy. To już jutro w południe
wyjeżdżamy do Hogwartu. Ostatnia pełnia była bardzo ''trudna'' ,
obawiam się więc że odcisnęła na mnie większy ślad niż
zwykle. Lily, nie mogę opuścić jutrzejrzego dnia. Źle się czuję.
Tylko lek twego ojca mi pomaga, błagam wyślij mi go jak najszybciej
przez Merlina.
Twój
wieczny dłużnik, R.L.
Dziewczyna
szybko przebiegła wzrokiem list, po czym bez zastanowienia zbiegła
po drewnianych schodkach do sypialni rodziców.
John
Evans był wspaniałym człowiekiem, a także wspaniałym aptekarzem
i zielarzem. Mimo że prowadził spokojne, ustatkowane i bardzo
„mieszczańskie” życie, było w nim aż za dużo niezwykłości.
Miał własną aptekę i pomagał ludziom- jak zawsze mawiał.
Fascynowały go wspaniałe właściwości roślin i ich wpływ na
różne sfery życia człowieka. Mimo że sam był mugolem,
bardzo interesował się magią, a Lily była jego największą
dumą.
-Tato!
Tato! Wstawaj, proszę.
-
Co... Lily? Co ty tu...?
-
Bardzo potrzebuję twojej pomocy. Możesz zejść ze mną do twojej
pracowni?
-
Ale Liluś, jest 3 w nocy!
-Proszę..
-
Ojej. No już dobrze. Tylko cicho, żebyśmy nie obudzili mamy.-
Mruknął pan Evans zakładając kraciasty szlafrok.
Gdy
znaleźli się w pracowni, dziewczyna upewniwszy się, że drzwi są
dobrze zamknięte, powiedziała ojcu o nocnym liście.
-
Tato, bardzo bym chciała, żebyś mu pomógł. Pamiętasz
jeszcze recepturę tego wywaru?
-
Lily, przecież sam go wymyśliłem, przy pomocy tych twoich
wspaniałych ksiąg, dla twego przyjaciela.
-
Dziękuję ci tato. Ile ci to zajmie?
-
Co najmniej 2 godziny.
-
Jesteś wspaniały! -Krzyknęła Lily całując ojca w policzek i
wybiegając z jego pracowni.
-A
co to ma być?! Dlaczego kazałaś robić tacie jakieś
podejrzane...”mikstury” i to w środku nocy?! - Na schodach,
prowadzących do laboratorium w długiej, kwiecistej koszuli nocnej
stała Petunia, siostra Lilianny, osoba całkowicie niemagiczna.
-
Tuniu! Podsłuchiwałaś?!
-
Nie podsłuchiwałam, tylko usłyszałam fragment tej podejrzanej
rozmowy! - Wykrzyczała, czerwieniąc się.
-
Jasne! I tak przez przypadek o 3 w nocy spacerujesz sobie po
piwnicy?
-
Nie twoja sprawa! Zresztą ja wiem... To na pewno coś dla tych
twoich kolegów z tej szkoły dla świrów! Banda
dziwaków.
-
Tak, masz rację. To coś dla mojego przyjaciela. Przyjaźń to
słowo, którego nie rozumiesz, prawda?
-
Jesteś żałosna Lily!
-
Zejdź mi z drogi, idę spać i tobie też to radzę. -
Powiedziała, przechodząc obok siostry i dodając cicho pod nosem-
może zmądrzejesz.
*
Hej!
Mam nadzieję, że ktoś tu zagląda ;) Za nami I rozdział. Nie jest
do końca tak jak chciałam, ale trudno... Następne może będą
lepsze. Bardzo was pozdrawiam i zapraszam do komentowania. Kurcze, dziś ostatni dzień wakacji! Jak wam one minęły? :)
Wasza Lily.

+(1).gif)

